Myślę, że jest już czas na podzielenie się kolejnymi refleksjami w związku z pandemią koronawirusa.

 

Czas, którego wszyscy doświadczamy jest bardzo szczególny i za życia wielu z nas niemający precedensu.  Na naszych oczach materializuje się zależność, w której małe drewienko zapala duże drzewo. Dla wielu przedsiębiorców i inwestorów to czas pokory wobec zmieniającego się nagle świata, ich świata. Wirus zmienił nie tylko gospodarkę światową, europejską i polską. Zmienił nie tylko gospodarki ale zmienił przede wszystkim myślenie ludzi. Obserwuję ludzki strach. Obawę o kolejne dni. Wirus dotknął wiele biznesów i zainfekował je.

 

Doszukiwanie się źródeł tego skąd on się pojawił w naszej codzienności nie jest łatwe i takie nie będzie. Nie będzie dlatego, że przy tak ogromnej skali oddziaływania nikt się nie przyzna, że coś przypadkowo wyszło z laboratorium jakiegoś państwa, że konkretni ludzie, władze lub kosmici stoją za uruchomieniem tej plagi. To się po prostu stało a przeciętny człowiek nigdy nie dowie się prawdy, bo jest ona iluzoryczna. Przychodzi nam walczyć ze skutkami. Walka z wrogiem, którego nie widać jest bardzo trudna a jak widzimy na przykładzie Włoch, Hiszpanii czy Francji coraz mniej możliwa. Wzrost zachorowań, który wznosi się wykładniczo powoduje panikę na rynkach. Giełdy i waluty szaleją, branża hotelarska stoi nad przepaścią rentowności a słaby człowiek próbuje uciekać. Rozumiem tragedię firm i ludzi, którzy albo zachorowali albo stracili płynność w swoim biznesie. Potrafię też zrozumieć strach o to co będzie dalej, bo mało kto dziś potrafi to realnie ocenić. Kwarantanna minie sama z siebie czy też będzie trwać tygodniami lub miesiącami? Pewnie i takie zakłady są obstawiane na chłodno u bukmacherów. Jest to bez wątpienia trudny czas dla nas wszystkich. Czas, w którym będziemy musieli zweryfikować nasze biznesy i wprowadzić lepsze, inne rozwiązania niż te co działały do tej pory.

 

Przez całe lata doświadczaliśmy rozpieszczonego komfortu dostępu do usług i produktów, które były zawsze i wszędzie. Były cały czas i do tego się przyzwyczailiśmy, jednocześnie nie wykształcając umiejętności radzenia sobie bez paniki na takie sytuacje, które teraz mają miejsce. Okazuje się bowiem, że trzeba nagle zrewidować plan codzienny i zrezygnować z jedzenia w restauracji na rzecz jedzenia na dowóz lub tego, które sami przygotujemy. Okazuje się, że nagle na znaczeniu wzrosła wartość produktów spożywczych a papier toaletowy stał się papierem wartościowym. W wielu sklepach ze zdziwieniem można obserwować puste półki, na których wcześniej stał makaron, ryż, paprykarz czy jajka. Wracamy sytuacyjnie do czasów komuny lub okresu wojennego, gdzie zaczyna czegoś brakować i to wpływa na paniczne zachowania ludzi. Przecież zawsze wszystko było a teraz jak to? Nie ma? Nic nie doślą z Aliexpress? Można powiedzieć, że nadszedł czas pewnego rodzaju rywalizacji. Uda Ci się kupić papier toaletowy lub żel dezynfekcyjny na Orlenie, to masz ekstra punkty i jesteś bezpieczny. Przynajmniej jakiś czas. Ludzie po prostu robią zapasy, bo muszą. Żyje jeszcze pokolenie naszych dziadków i rodziców po 60-tce, którzy doskonale pamiętają podobne sytuacje. Pokolenie młodsze widzi, że jednak może czegoś nie być a dostęp będzie ograniczony. Swoją droga to myślę, że dużo gorszy w skutkach od wirusa byłby światowy blackout. Brak prądu spowodowałby paraliż człowieka a wirus sprawił jedynie, że ma on pewne ograniczenia.

 

Zobaczcie co stało się w krajach Europy południowej. Igranie z wirusem kończy się wzrostem pandemii w ujęciu potęgowym. We Francji przeprowadzono wybory a na drugi dzień zakazano wychodzenia z domów. Politykom zależy by trwać przy władzy i pokazywać społeczeństwu, że wirus  nie jest taki groźny ale warto poddać się izolacji.  Izolacja ta jest jednak na własnych zasadach. Każdy kraj wybrał swoją ścieżkę walki z pendemią i w żadnym póki co nie ma cudownych wyników. Zastanawia mnie jednak podejście takich krajów jak Holandia czy Wielka Brytania, które igrają z życiem ludzkim niczym w zabawie w berka. Jak mnie wirus nie dotknie, to biegam dalej. Rządy tych krajów głoszą, że może warto przejść wirusa na sobie aby się uodpornić i stać się rycerzem w złotej zbroi. Pytanie jak daleko posuną się jeszcze te dziwne poglądy i liberalna interpretacja coraz poważniejszej sytuacji.

 

Wirus COVID-19 jest sprytnym i trudnym przeciwnikiem a ludzie są bardzo przeciętnymi graczami w tej grze. Grze, której zasady dla społeczeństwa wyznaczają rządy, ale bez poznania możliwości przeciwnika. W wielu przypadkach jest to strzelanie ślepakami do czegoś, co jest bardzo blisko, ale utrafić celnie się nie udaje. Cena za ten brak prewencji i podejmowania radykalnych działań na wczesnym etapie, jaką przyjdzie zapłacić poszczególnym państwom – będzie bardzo wysoka. Pieniądze akurat w tym przypadku są często traktowane jako elektroniczny zapis ciągu cyfr, który migruje między instytucjami niczym krew w żyłach, ale pompuje je jedno serce. Serce, które w niektórych przypadkach może dostać stanu zawałowego.

To nie pieniądze są tutaj problemem, lecz deficyt ludzi ze specjalistyczną wiedzą, jak zaradzić pandemii i zwalczać jej skutki. Deficyt medycznego kapitału  ludzkiego ujawnił się i obnażył słabość każdego kraju dotkniętego pandemią.

Jest co prawda szereg innych chorób, na które ludzie umierają codziennie, ale uwaga mediów i statystyka jest sfocusowana tylko na tej jednej – wirusie z Azji.

Przestaliśmy zwracać uwagę na to, że ludzie, którzy najciężej przechodzą skutki zarażenia mają choroby współistniejące i odnosi się wrażenie, że każdy kogo dotknie ta zaraza, od razu wejdzie w stan agonii. Ważna jest odporność i wiek. Brak tych dwóch elementów powoduje, że w tej grze mamy po prostu gorszego kalibru broń, mniej żyć a przeciwnik wydaje się niemożliwy do pokonania. Plusem w tej sytuacji jest to, że gatunek ludzki ma zdolności do szybkiego uczenia się i dzięki geniuszom w białych fartuchach udaje się po pewnym czasie wytworzyć magiczną miksturę, która działa lepiej niż sok z gumi-jagód. Czas pandemii przejdzie kiedyś do historii – pytanie jednak brzmi: ile i jakie wnioski wyciągniemy z tego okresu?

 

Myślę, że jeśli kryzys ustąpi, rynek się zmieni. Może nie o 180 stopni ale zmieni się. Nie chcę być dziś prorokiem w branży nieruchomości ale pewne trendy, które narosły wraz z nastaniem pandemii, zwyczajnie pękły. Pękły z hukiem niczym balon z cyrkowego straganu.  Podnajem, kwatery pracownicze, condohotele i najem na krótki termin został mocno zweryfikowany pod kątem zależności: rentowność od aktualnej sytuacji. We wszystkich tych  przypadkach ta zależność okazała się zabójcza i obnażyła słabość tych form inwestowania. Fajnie jak coś hula dwucyfrowo i kasa leci szybciej z inwestycyjnego kranu. Jednak maleńki wirus zdekodował DNA tych form inwestowania w nieruchomości. Ujawnił jak duża jest zależność zewnętrznej sytuacji od rentowności i pochłonął wszystko w czarną dziurę. Inwestorzy, którzy potrafili zdywersyfikować swoje portfele i mądrze stosowali dźwignię kredytową są dziś w stabilnej sytuacji. Ich też dotknęło. Póki co jest to raczej draśnięcie niż knock-out. Oni zdążą się jeszcze poprawić i zmodyfikować zasady swoich biznesów na lepsze. To nie jest już scena z filmu science-fiction ale rzeczywistość, w której nagle przychodzi nam żyć i dostosować się. Dla jednych będzie to istny survival a dla drugich złote czasy okazyjnych zakupów. W której grupie się dziś znajdujesz?

 

Wiedza, która krąży po szkoleniach w tym kraju, że warto kredytować się pod kurek, że Excel jest wyznacznikiem przyszłości i tylko pokoje przynoszą najlepsze wyniki, stała się nieaktualna. Nieaktualna natychmiast. Excel pokazywał przecież, że po 3 latach wyjdziemy na 0 a rentowność od początku jest nieskończona, bo kredyt pokrył 105% inwestycji. Najlepiej jak był wzięty we franku, bo wtedy był tani jak ciuchy w lumpeksie. Waga jednak pokazała, że rynek szybko weryfikuje i szala iluzorycznej zdolności kredytowej jest mniej warta od realnej gotówki i braku zobowiązań. Szczególnie, kiedy przychodzi czas, w którym nie można spłacać zadłużenia. Nie można, bo nie ma z czego. Najemcy ulotnili się jak Święty Mikołaj przez wąski komin i zostawili po sobie śmierdzące skarpety w zużytych tapczanach tych rentownych pokoi.

 

Spójrzmy jednak pozytywnie w przyszłość. Rząd coś tam stara się ratować gospodarkę. Musi. Pali się, to straż jedzie i gasi. Za jakiś czas zobaczymy, co zostanie z tego ognia. Może Ci co stawiali mądre kroki, mają dziś takie inwestycje, które są ognioodporne i żaden wirus zbyt wiele nie namieszał. Kreuje się nowy świat, nowe możliwości i bądźmy na nie gotowi. Z dużą pewnością nauczymy się żyć inaczej, inaczej analizować, wybierać inną wiedzę i celować w takie produkty, które są długoterminowe ale dające spokojny sen.

 

Zauważ jeszcze jedną zależność. Każdy kryzys światowy przetasował listę ludzi najbogatszych i zwiększyła się liczba milionerów. Może to będzie Twój czas na zajęcie ich miejsca? Kto wie?

Wiedząc, że dobre słowo nie wybije Ci zębów życzę mimo wszystko: cudownego dnia J

Kawa już stygnie…